RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘z życia wzięte.’

11. Kobieta i cyrk jednoosobowy…

18 lis

Dzisiaj wstałam z łóżka chyba lewą nogą, jestem wściekła, niewyspana, a na dalsze robienie kartek nie mam ochoty. Mało tego, bo nie mogę już patrzeć na moją „fabrykę kartek”.
Chciałam zabrać się za malowanie, ale i na to przeszła mi ochota.
Z ulepszeniem bloga też fiasko, bo z niektórymi rzeczami nie umiem sobie poradzić…
Wyciągnęłam więc z lamusa moją starą notkę, przeczytałam, pośmiałam się sama z siebie i już mi lżej.
Może jeszcze coś stworzę, bo „kobieta wszystko potrafi”, tak jak w mojej notce.
Przeczytajcie sami.
01_IMG_1430
Zdjęcie pochodzi z grafika Google

Będąc kiedyś ze starszym wnukiem w cyrku nasunęła mi się taka oto myśl:
my kobiety spełniamy się w tylu rolach, że mogłybyśmy zastąpić całą obsadę cyrku.

1. Zacznijmy od żonglerki: przerzucamy codziennie te nasze moniaki z ręki do ręki po kilka razy dziennie myśląc czasami, że dobrze byłoby gdyby chociaż raz wpadła do naszej rączki stówka zamiast miedziaków, a tu nic. Możemy sobie tylko pomarzyć.

2. Taki klaun na przykład: robi super miny i wszyscy się śmieją, a my kobiety też robimy dobre miny do złej gry niemal każdego dnia i co? Nam tylko nie do śmiechu.

3. Albo treser: tresuje swoje zwierzaczki i jak one go słuchają. A my tresujemy codziennie nasze dzieci i mężów i o posłuchu możemy też sobie tylko pomarzyć. Dobrze, że nie każą nam wsadzać głowy do paszczy lwa, chociaż nie wiem czy dla nas, to byłoby takie trudne. Każdego dnia wylewa się nam na głowę kubeł zimnej wody i jakoś żyjemy.

4. Weźmy akrobatów: balansują na linie tacy skupieni na sobie, że aż strach oddychać, aby im się nic nie stało. A my kobiety co? Robimy to samo codziennie. Balansujemy na linie nad przepaścią dnia codziennego i prosimy wszystkich świętych, abyśmy z niej nie spadły, bo kto będzie dbał o rodzinę z taką zawziętością jak my Matki Polki.
O podziwie i ciszy ze strony najbliższych możemy też tylko pomarzyć.

5. Magiem też byśmy mogły śmiało zostać, bo bardzo często wrzucamy do garnka tylko kości , a wlewamy na talerz super smaczną zupę.

6. Wykarmić zwierzaki też byśmy potrafiły, bo przecież w tym kierunku też mamy wprawę.
Musimy wykarmić rodzinę każdego dnia i dla nas to takie całkiem normalne.

7. A teraz przejdźmy do roli Dyrektora.
Ta rola to dla nas kobitek byłaby najłatwiejsza,
bo w tej roli to czujemy się każdego dnia jak ryba w wodzie. Finanse mamy w jednym palcu. Książkę przychodów i rozchodów znamy na pamięć. Aparycję i predyspozycję też mamy, tylko cholerka, jak tu znaleźć kogoś, kto potrzebuje cyrku jednoosobowego.
Z firmami jednoosobowymi to tylko problem, bo nikt nie wie, czy przeżyją jutro.

No cóż, pomarzyć dobra rzecz, bo żyć wtedy łatwiej.

Pozdrawiam Was moje drogie Panie i życzę optymizmu.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii z życia wzięte.

 

7. Zacząć znowu żyć…

12 lis

Często narzekamy na pogodę, na to, że coś tam nam nie wyszło… Narzekamy chociaż nie mamy do tego powodu. A co mają powiedzieć ludzie, którzy stają przed trudnym zadaniem opieki nad chorym członkiem rodziny, muszą się zmagać z ciężką chorobą dziecka, albo swoją.
Oni nie mają czasu na narzekanie, bo muszą dać radę, muszą walczyć… Cierpią w ukryciu i walczą.
Takim przykładem walki i rozpaczy jest moja notka o mojej dobrej koleżance.

Odwiedzając moje dzieci, często spotykałam się z moją dobrą koleżanką. Jednak przez ostatnie 5 lat Jola unikała mnie jak tylko mogła. No cóż nie będę się przecież nikomu narzucać. Nie chce, to nie. Spotkałam ją jednak tego roku w takich okolicznościach, że nie mogła mnie ani ominąć ani udać, że mnie nie widzi. Zawsze elegancka, wyglądała teraz jak siedem nieszczęść. Zaniedbana, siniaki pod oczami, a włosy to nie widziały fryzjera od dawien dawna. Tym razem byłam twarda jak łupina od orzecha i zaczęłam odpytywanie jak prokurator. Chciałam po prostu wiedzieć co się z nią dzieje?
Pomyślałam, że może będę mogła jakoś jej pomóc.
Jola nie widząc być może wyjścia z podbramkowej sytuacji zaprosiła mnie do siebie na herbatkę. Niewiele się zmieniło od tych paru lat, brakowało tylko jej mamy i męża.

Zaczęła swoje opowiadanie.
Mama zachorowała na chorobę Alzheimera 7 lat temu. Początkowo nie było jeszcze tak źle. Opiekowaliśmy się nią obydwoje z Januszem. Jednak w momencie, kiedy choroba przybrała takie stadium, że mama potrzebowała opieki przez 24 godziny na dobę, mój kochany mąż stwierdził, że on nie nadaje się na niańkę, podwinął ogon i ulotnił się z naszego życia. Dobrze że mogłam przejść na wcześniejszą emeryturę.
Tak zaczął się nowy rozdział w moim życiu. Janusz owszem, pomagał nam finansowo, dobre i to.
Jednak ani razu nie spytał jak ja się czuję, albo czy mam ochotę z kimś wypić kawę.
Olu przeszłam przez te ostatnie 6 lat drogę przez mękę, bo przecież nie mogłam mamy oddać do domu opieki. Ona też zawsze robiła dla mnie wszystko, co tylko było w jej mocy.
Była zawsze do mojej dyspozycji jak tylko jej potrzebowałam. Nawet sobie nie wyobrażasz co to znaczy, jak na twoich oczach krok po kroku odchodzi człowiek dla ciebie tak bliski, a ty nie możesz mu pomóc. Jesteś bezradna jak dziecko.
Olek mój syn mieszka z rodziną we Wrocławiu i nie mogłam od nich oczekiwać pomocy.
Byli 2 razy w roku, aby mnie troszkę odciążyć. Raz nawet udało się im wypchnąć mnie na wczasy, abym mogła naładować akumulatory i dalej jakoś żyć. Snu brakuje mi jeszcze teraz. Moje akumulatory są znowu całkiem puste. Mama zmarła przed trzema miesiącami. To głupio i nieładnie tak powiedzieć, ale gdyby to trwało jeszcze dłużej, to nie wiem czy ja jeszcze bym żyła.
To może zrozumieć tylko ten, kto przez taki etap przeszedł.

A co z Januszem, spytałam nieśmiało?
Owszem, pomógł mi zorganizować pogrzeb i chce wrócić, tylko ja już nic do niego nie czuję oprócz żalu, że zostawił mnie samą w tak ciężkiej sytuacji. Uciekł jak szczur z tonącego okrętu.
Teraz muszę małymi kroczkami dochodzić do siebie, ale nigdy już nie będzie tak jak było i nie wyobrażam sobie jednego, abym ja zachorowała na jakąś ciężką chorobę i była ciężarem dla mojego dziecka, bo wiem co to znaczy.
Teraz dzwonię do niej często i bardzo dużo rozmawiamy… Jola dochodzi powolutku do siebie .

Dodaję jeszcze moje myśli przelane na papier i jesienne inspiracje z ostatniego spaceru po lesie.
Mój kolorowy świat.

Żeby nie zwariować z natłoku myśli
i szarości dnia codziennego
postanawiam upiększać mój świat
malując go kolorami tęczy.
Nie jest to jeszcze okrzyk radości
ale nie ma już morza wylanych łez
jest jeszcze rozpacz, niemoc i żal
ale nie ma czarnych bezsennych nocy.
Do snu utulają mnie obrazy kolorowe
i pieszczą swoimi barwami
rankiem budzą mnie krople deszczu a nie łez
i to już jest mój lepszy
bo kolorowy świat.

IMG_0779IMG_0783 (2)IMG_0841 (2)IMG_0780IMG_0845 (2)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z życia wzięte.

 

6. Rozwód i co dalej…

10 lis

Ludzie zakochują się, biorą ślub i myślą, że już zawsze pozostaną razem, że nic i nikt nie będzie w stanie ich rozdzielić.
Jednak życie pisze różne scenariusze, spotykamy drugą osobę, która nagle przesłania nam cały świat, tracimy dla niej głowę i zakochujemy się po raz drugi. Ale czy zapomnieliśmy o naszej wielkiej pierwszej miłości?
Oto moja stara notka, która obrazuje taki właśnie przykład.

W małżeństwie M doszło po dziesięciu latach do rozwodu. Przyczyna: niezgodność charakterów.
Nie było krzyków, wyzwisk rękoczynów i nie było zdrady. No cóż, nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia, a oprócz dziecka nic ich już nie łączyło. 
Nadarzyła się okazja wyjazdu do pracy do Kanady. Pan M doszedł do wniosku, że nic nie ryzykuje i wyjechał. Przysyłał pieniądze na utrzymanie syna, dzwonił do ex żony i tak upływały latka. 
Kiedy syn skończył 20 lat postanowił zamieszkać u taty, ona nie powiedziała nie. 
Jest dorosły, wie co robi. Ex miał już ułożone życie, drugą żonę , dobre warunki mieszkaniowe i materialne, czyli żadnych przeszkód. 
Ona też miała przyjaciela od paru lat. 
Od dnia rozwodu nie widziała swojego Ex i wcale nie była stęskniona jego widoku. Pewnego dnia dostała od syna zaproszenie na ślub, więc nie wyobrażała sobie, aby nie wziąć udziału w tak ważnej chwili, jaką jest ślub własnego dziecka . 
Postanawia polecieć do Kanady sama, bo jej przyjaciel akurat w tym czasie był bardzo zajęty. 
Na lotnisku w Toronto czekał na nią syn z Ex. W momencie kiedy zobaczyła tych dwóch nie wiedziała co się z nią dzieje. Po uściskach z synem, ona i Ex padli sobie w ramiona jak para zakochanych, stęsknionych i niewidzących się przez lata kochanków. 
Ot! Trochę niezręczna sytuacja. 
Ona na czas pobytu zamieszkała u syna i pomagała dzielnie w przygotowaniach do uroczystości ślubnych .
Ex przedstawił jej swoją nową żonę i uważali, że życie toczy się dalej. Nic bardziej mylnego, bo spotkaniom pod byle pretekstem nie było końca. Ślub i wesele syna były wielkim przeżyciem dla wszystkich i zgodnie z przysłowiem, że „wszystko co piękne szybko się kończy” ona musiała wracać do kraju i do domu. Na lotnisko odprowadzili ją  tylko Ex. Pożegnanie z łzami w oczach i jego słówko szepnięte na ucho – przylecę wkrótce. Przyleciał, ukradkowe spotkania i jej rewizyty pod pretekstem, że musi odwiedzić syna  stały  się teraz chlebem powszednim. 
Ona i Ex, nowa miłość? A może to stara nigdy nie wygasła? Mówią, że stara miłość nie rdzewieje , chyba jakaś prawda w tym jest.
Po dwóch latach ona rozstaje się ze swoim przyjacielem, a on rozwodzi się ze swoją drugą żoną i przylatuje do niej do kraju. Na ich cichy ślub zapraszają syna z rodziną i starych przyjaciół.
Wszystko jak w bajce, chciałoby się powiedzieć „żyli długo i szczęśliwie”.
Tak żyli szczęśliwie całe 8 lat, bo pan M umiera na zawał, a pani M twierdzi, że na te 8 najpiękniejszych lat warto było czekać całe życie.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii z życia wzięte.

 

5. Walka bez cienia nadziei…

07 lis

Przed kilkoma dniami zadzwoniła do mnie moja dobra znajoma, miała do przekazania straszną nowinę. Straciła wnuka, nie zginął w wypadku, nie umarł na nowotwór, ale zmarł w wyniku przedawkowania narkotyków.
Cała rodzina walczyła o niego latami, miał wsparcie z każdej strony, ale ważniejsi byli koledzy i prochy.
To trudna heroiczna walka i to właściwie jednostronna, to często walka bez cienia nadziei…
Uwierz mi powiedziała – może to i lepiej, że tak się stało, bo cała nasza rodzina była na dnie.
Może teraz odzyskamy spokój…
Twarde słowa, ale obrazujące to, co znaczy walka z jednej strony, a bezradność i psychiczna wytrzymałość z drugiej.
Nie mogłam jej nic doradzić, bo wiem, że mają przed sobą jeszcze daleką drogę do psychicznej stabilizacji.

Napisałam kiedyś notkę na ten temat…
Przeczytajcie proszę.

Przed pewnym dużym domem handlowym spotykałam często klęczącego chłopaka, który nie prosił głośno o jałmużną, nie był natrętny, patrzył tylko w ziemię, tak jak by nie chciał nikogo widzieć. Miał przed sobą postawioną puszkę i kartkę z napisem : jestem narkomanem, proszę tylko o malutkie wsparcie. Często też wrzucałam pieniądze do jego puszki. Nie wiem dlaczego ale żal mi tych młodych ludzi . Są młodzi, głupi i jeszcze wiele innych czynników wpływa na to, że stają się narkomanami. Niewiele osób się zatrzymywało, dlatego tak łatwo było dostrzec kobietę, która rozmawiała z chłopakiem.

Zrobiłam zakupy i wyszłam na zewnątrz. Postanowiłam wypić kawę w malutkiej kafejce obok. Usiadłam na zewnątrz przy stoliku i wtedy podeszła do mojego stolika ta właśnie kobieta. Spytała, czy może się przysiąść? Po chwili zaczęłyśmy rozmawiać, właściwie to ona zaczęła swój monolog, miała widocznie potrzebę, aby z kimś porozmawiać.
Ja jestem raczej cierpliwym słuchaczem, więc pozwoliłam, aby opowiedziała mi swoją historię.
- Mój syn stał się narkomanem w wieku 16 lat. Z dnia na dzień, z dobrego dziecka i dobrego ucznia stawał się aroganckim i bez serca młodym człowiekiem. Wagarował i nocami nie wracał do domu. Początkowo oboje z mężem myśleliśmy, że to tylko szczeniackie lata i przejdzie. Niestety, było coraz gorzej, a z domu zaczęły ginąć pieniądze i różne cenne rzeczy. Wtedy już nie pomagały żadne tłumaczenia i widzieliśmy jak powoli tracimy nasze dziecko. Zaczęliśmy szukać fachowej pomocy, ale bez odrobiny dobrej woli z jego strony nic nie można było zrobić. Rzucił szkołę , nie pomógł nawet kurator, którego dostał w sądzie. W swojej bezczelności wobec nas rodziców nie przebierał,  to my stawaliśmy się jego ofiarą. Płaciliśmy jego długi, chociaż nie musieliśmy, zamykaliśmy go w domu. Efekt, powybijane szyby i zdemolowane mieszkanie. To długa opowieść…. Znosiliśmy wszelkie upokorzenia z jego strony, aż pewnego dnia, dwa tygodnie przed jego osiemnastymi urodzinami mąż powymieniał wszystkie zamki i powstawiał kraty w oknach. Powiedział, że nie ma już syna. Nasz syn nie wrócił, nie zadzwonił, ślad po nim zaginął.
W domu nastał spokój tylko my, a zwłaszcza ja byłam kłębkiem nerwów.
Zaczęłam się leczyć u psychiatry . Minęło już trzy lata, szukałam i dalej szukam go wszędzie tam, gdzie tylko mogłam i mogę. Nikt nic nie słyszał, nic nie widział.
Wyjęła z torebki zdjęcie. Proszę popatrzeć, tak wyglądał mój syn w wieku 16 lat. Jak wygląda teraz mając lat 21? Nic nie chcę, nic nie oczekuję, chciałabym tylko wiedzieć, czy żyje?…
Mąż też odszedł, bo nie mógł słuchać moich ciągłych lamentów i opowiadań o naszym dziecku. On tak szybko zapomniał , że ma syna. Wiem, że nie mieliśmy szansy wygrać tej walki bez maleńkiej iskierki dobrej woli ze strony naszego dziecka. To wszystko poszło tak szybko.
Teraz wie Pani, dlaczego przychodzę do tego chłopaka? Tak bardzo chciałabym pomóc temu młodemu człowiekowi. Nie, ja nie daję pieniędzy, tylko przynoszę jemu jedzenie i próbuję z nim rozmawiać. To jedyne co mogę zrobić dla obcego dziecka. Dla swojego próbowałam zrobić wszystko i niestety przegrałam.
Czas szybko minął , musiałam wracać do domu. Podziękowałam za miłą rozmowę i życzyłam jej szczęścia,w poszukiwaniu syna.
Minęło już 4 lata od tamtej rozmowy, a ja często myślę o tamtym spotkaniu. Wyjechałam też do innego miasta, nie wiem więc co się stało z tym młodym człowiekiem sprzed domu handlowego i kobietą, która ciągle szuka swojego syna.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii z życia wzięte.

 

4. Marzenia… czy warto je spełniać ?

05 lis

IMG_1720

Na realizację własnych marzeń nigdy nie jest za późno, potrzeba trochę odwagi i wiary w siebie.
Ja sama długo borykałam się z tym problemem, bo nie wierzyłam w siebie, w swoje możliwości…
Dzisiaj po wielu latach wiem, że drzemie we mnie duży potencjał możliwości, że coś potrafię.
Pytam tylko sama siebie dlaczego tak długo z tym czekałam?
Dzisiaj maluję i piszę wiersze i nikt mi nie powie, że jestem na to za stara.

Oto przykład co można zrobić ze swoim życiem i marzeniami jak się bardzo chce.

Anka miała swoje życie poukładane według własnego wzoru i własnych zasad.
Nie ważne było, że mąż często był niezadowolony z takiego stanu rzeczy, że dzieci też niewiele miały do powiedzenia, bo to ona zawsze wiedziała co dla kogo jest dobre i najważniejsze.
Nie liczyło się, że ona sama poświęcała wszystkie swoje marzenia dla innych. Marzyła, że kiedyś jak dzieci podrosną to wtedy i ona zacznie spełniać swoje marzenia.
Dzieci rosły, kończyły szkoły wybrane przez matkę i nawet się nie skarżyły z takiego wyboru, bo matka zawsze trafiała w dziesiątkę.
Mąż nie zmieniał nigdy pracy i na swoim stanowisku w państwowej firmie załatwionym zresztą przez teścia zaraz po ślubie z Anką, doczekał się całkiem sporej emeryturki.
Tylko ona czuła się oszukana przez życie.
Nie pracowała więc na stare lata będzie zmuszona siedzieć na garnuszku u męża, który był 10 lat starszy od niej i nagle odnalazł się całkiem dobrze w roli skąpca.
Tak oto nastał czas, którym teraz ona nie była zachwycona.
Dzieci opuściły rodzinne pielesze, pozakładały rodziny i nie pozwoliły matce wtrącać się w ich prywatne życie i w wychowanie wnuków, a przecież ona najlepiej wiedziała jak wychować.
Mąż zaczął żyć swoim życiem i zajął się swoim hobby, a ona została z pustką w sercu i nudą, która wyglądała z każdego kąta. Postanowiła jednak, że się tak łatwo nie podda, bo jest wytrenowana w walce.
Wyjęła stary notes, w którym zapisywała ważne wydarzenia z życia rodziny i swoje przemyślenia. Właśnie w tym notesie starannie zawinięty w folię, aby nie uległ zniszczeniu leżał przez te wszystkie lata jej dyplom czeladniczy. Na nim widniał napis cukiernik – czeladnik. Poszukała jeszcze zdjęć swoich ciast i tortów, które za psie pieniądze piekła na przyjęcia i święta dla znajomych. Pamięta ile pochwał zebrała na ślubach jej dzieci, bo jej ciasta i torty, to była prawdziwa uczta nie tylko dla języka ale i dla oczu. Wiedziała, że to jest jedyna rzecz, którą zawsze robiła perfekcyjnie.
Rozmarzyła się na dobre i nagle przed oczami ujrzała małą cukierenkę i siebie w roli właścicielki. To było jej nigdy nie zrealizowane marzenie.
A ponieważ Anka nie należała do gatunku ludzkiego, który siedzi i narzeka na swój los, nic przy tym nie robiąc aby go zmienić, postanowiła, że zmieni swoje życie i zaczęła natychmiast działać.
Rozmowa z mężem nie przyniosła żadnego rezultatu, bo on stwierdził, że nie ma zamiaru inwestować w jej fanaberie.
A tak między Bogiem i prawdą Anka też na te oszczędności zapracowała: wychowaniem dzieci, dbaniem o męża i rodzinę. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Mam dopiero 55 lat i życie jeszcze przede mną, a nie za mną powiedziała głośno sama do siebie.
Zadzwoniła do siostry, która mieszkała w Australii i poprosiła ją o pożyczkę, wyjaśniając jej dokładnie jak wyglądają jej plany.
Siostra bez dalszych pytań stwierdziła, że Anka pieniądze dostanie i o zwrot nie musi się martwić. Odda jak jej marzenie zacznie funkcjonować i przynosić zyski.
Tak zaczęło się jej nowe zupełnie inne życie. W pobliskim miasteczku wynajęła mały lokalik, pozałatwiała wszystko w urzędach i ruszyła do boju.
Nieprzespane noce, pieczenie ciast w domu i dowożenie do cukierenki nie miały znaczenia. Uśmiech na jej twarzy świadczył, że jest nareszcie szczęśliwa.
Dzisiaj Anka ma 63 lata i wiedzie życie na które sama sobie ciężko zapracowała,
ma cukierenkę już w nowym i lepszym lokalu, spłacony dług i robi to co kocha robić.
Miała trochę szczęścia, że siostra pożyczyła jej pieniądze. Jednak Anka uparcie twierdzi, że każdy w życiu ma swoje 5 minut, aby wsiąść do przejeżdżającego pociągu. Ona tak właśnie zrobiła.

Ja wzięłam przykład z Anki i próbuję swoje hobby zamienić w zawód, który może też zacznie przynosić zyski, a nie ciągle postępować w myśl starej zasady: ”chciałabym, a boję się”.
Ważne jest, żeby nie „przegwizdać” tych swoich pięciu minut.
Ukryte marzenia i talent ma każdy z nas, brakuje nam tylko odwagi.

Pozdrawiam i życzę odwagi w spełnianiu marzeń.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z życia wzięte.

 

3. Nie mieć dziecka to problem… Tylko czyj problem?

22 paź

Córka mojej znajomej skarży się, że jest zadręczana z każdej strony pytaniami o dziecko. jest przecież mężatką, oboje z mężem mają dobre stanowiska, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zostać matką.
Ona jednak uważa i tutaj przyznaję jej rację, że to jest jej życiowa decyzja i nie musi się nikomu tłumaczyć dlaczego jest tak, a nie inaczej.
Przypomniałam sobie o mojej starej notce.

Ania z Markiem pobrali się po studiach mając po 24 lata. Nikogo to nie dziwiło i każdy podejrzewał, że przyczyną ślubu jest „dziecko w drodze”. Kiedy okazało się, że tak nie jest, zaczęły się głupie (bo inaczej nie można nazwać takich pytań)pytania: a wy co nic jeszcze nie planujecie? – Chyba czas na was.
Kiedy chcesz zostać matką?…..

To tak bardzo bolało ale oboje nie mieli zamiaru się tłumaczyć. Przecież to ich decyzja. Sami zaczęli się martwić dlaczego tak wychodzi. Oboje przecież tak bardzo pragnęli dziecka. Często rozmawiali jak będzie wyglądał ich model rodziny 2+2. Zaczęli robić dalsze badania ale lekarze twierdzili zgodnie, że nic nie stoi na przeszkodzie aby zostali rodzicami. Oboje mieli teraz po 30 lat, ustabilizowane życie, a jedynym marzeniem było posiadanie kochanego maluszka. Ignorowali dalsze pytania rodziny i znajomych tak długo jak mogli. Marek w męskim gronie nie był tak ostro nagabywany jak Ania.

Kobiety z natury są bardziej wścibskie i dociekliwe. Koleżanki na babskich spotkaniach rozmawiały tylko o swoich pociechach, a ona nie mogła tego już dłużej słuchać. Przestała umawiać się na takie spotkania. Nawet na ulicy przechodziła na drugą stronę widząc swoje koleżanki z dziećmi. Myślała, że chociaż matka ją zrozumie jak jej wytłumaczy o co chodzi. Jak bardzo się myliła. Po jej długim tłumaczeniu dostała od matki długi wykład na temat jak inną drogą można zostać matką. Przecież wystarczy pójść do łóżka z innym facetem i sprawa załatwiona.

Po następnych kilku latach udręki i życiu bez przyjaciół postanowili, że zmienią miejsce zamieszkania.

Oboje mieli dobre zawody, więc ze znalezieniem pracy nie powinni mieć problemu. Zaczęli też rozmawiać o adopcji. Upłynęło jeszcze 2 lata zanim pozałatwiali wszystko co było związane z pracą i przeprowadzką. Złożyli też dokumenty o adopcję. Nagle Ania poczuła się źle i nie wierząc w żadne cuda poszła do lekarza. Ten ku jej zdziwieniu stwierdził: gratuluję! Zostanie pani matką, a to ostatni gwizdek, aby urodzić zdrowe dziecko. Zaprosiła męża na super kolację, aby powiedzieć o tak wspaniałej nowinie. Zaczęli planować ich całkiem inne nowe życie we troje. Jednak na kolejnym badaniu okazało się,że będzie to ich wymarzony model rodziny 2+2. O adopcji zapomnieli. Dziewczynki przyszły na świat całkiem zdrowe, a oni wysłali zawiadomienie do rodziców. Rodzice Marka byli zachwyceni wiadomością. Rodzice Ani mniej, a przecież to oni zadręczali córkę pytaniami o dziecko. Lekarze powiedzieli , że presja otoczenia ma ogromny wpływ na problemy wynikające z zajściem w ciążę. Kiedy Ania z Markiem dali za wygraną i zaczęli się widzieć w roli rodziców adoptowanego dziecka wtedy ich psychika zaczęła działać inaczej. Nie było presji, musu i nie było niczego na siłę. Ania nie pracuje, bo może sobie na to pozwolić i cieszy się rolą bycia matką. Marek rozpuszcza córki jak tylko może i jest wspaniałym ojcem.

Może każdy z nas powinien dobrze przemyśleć zanim zada pytanie: chyba czas na was?
I wiele podobnych pytań……. Pomyśleć, czy wy sami chcielibyście znaleźć się w takiej sytuacji ?
Ile krzywdy mogą wyrządzić takie zachowania?

Rozumiem, że rodzice chcą kiedyś zostać dziadkami. Mimo wszystko wybór należy do Waszych dzieci i zaakceptujcie go.

 
Komentarze (38)

Napisane w kategorii z życia wzięte.

 

2. Korekta życia… kiedy niemożliwe staje się możliwym.

13 paź

Korekta życia…, czy to jest możliwe? Tak możliwe…
Czasami zastanawiasz się nad treścią Twojego życia, myślisz głęboko nad tym co możesz jeszcze zrobić dla siebie, a nie dla innych. Przecież ciągle byłaś dla innych, gotowa na każde poświęcenie z Twojej strony.
Dobrze, ale chyba nadszedł czas, żebyś była gotowa poświęcić coś dla siebie, poświęcić sobie tyle czasu ile Ty teraz potrzebujesz i nie mieć wreszcie wyrzutów sumienia.
Nie przeżyjesz życia za innych, oni muszą przeżyć je sami.
Przychodzi w życiu taki moment, że życie zadaje Ci ciosy jeden po drugim, myślisz, że już nigdy nie będziesz w stanie się pozbierać, podnieść i iść dalej. Wtedy też nadchodzi czas na korektę osób, które Cię otaczały, bo w tym właśnie bardzo trudnym dla Ciebie okresie nareszcie masz możliwość dostrzegania.
Nareszcie możesz zobaczyć kto jest Twoim przyjacielem, a kto Twoim wrogiem.
Ciężka choroba uświadamia Ci wiele rzeczy…
Powolutku zaczynasz wstawać, robisz krok po kroku i zauważasz, że posuwasz się do przodu.
Ja zawsze byłam typem wojownika i myślałam pewnie, że tak będzie wiecznie. Nic bardziej mylnego.
Dzisiaj po wielu upadkach i zadanych przez życie ciosach wiem, że nie mogę zmarnować do końca tak bardzo cennego daru jakim jest życie.
Nie będę pisała o chorobie, ale o tym jak można zacząć żyć na nowo, żyć inaczej, musisz tylko chcieć zamknąć za sobą swoje złe wspomnienia z przeszłości, tak jak zamykasz drzwi.
Ten mój wiersz pochodzi z tego właśnie bardzo trudnego okresu mojego życia.
To obraz moich myśli właśnie wtedy, kiedy zamiast posuwać się do przodu stawiałam kroki do tyłu.
Nie wierzyłam, że niemożliwe może stać się możliwym

Kiedy nadejdzie pora
odejdę sobie cichutko
bez zbędnych pożegnań
łez i słów…
odejdę w nieznane…
Pochłonie mnie
kosmiczna przestrzeń
zamieni mnie w pył
tylko moja dusza gdzieś
zostanie…
Może będę mogła
spoglądać z wysoka
na to co zostawię na ziemi
na moje poprzednie życie
kto wie…
Może dostanę skrzydła
anioła
by czasami odwiedzić
tych których kochałam
nad życie
kto wie…
Może będę miała szansę
zobaczyć z góry
jak zmienia się na lepsze
dzisiejszy świat
kto wie…
Tyle marzeń, znaków zapytania
bo przychodzi w życiu
taki moment
że zostają tylko marzenia
i znaki zapytania
reszta jest nieznana.
H.B.
Dzisiaj piszę inne wiersze, rozwijam swoje zdolności, o których nawet nie wiedziałam, bo były ukryte na dnie szuflady i zdążyły się już dobrze zakurzyć.
Myślę inaczej, czuję inaczej, odbieram i wysyłam inną energię.
Mam głowę pełną pomysłów i czasami myślę, że może przydałaby się jeszcze jedna para rąk, żeby zdążyć ze stworzeniem siebie na nowo.
Tą pierwszą notką życzę wszystkim pozytywnego myślenia.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z życia wzięte.